Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR"
Przejdź na stronę główną WWW.RADAR.JGORA.PL
 
 FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy  AlbumAlbum   RejestracjaRejestracja 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 

NIESPODZIANKA

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR" Strona Główna -> Wspomnienia z Jeleniej Góry
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
tadeusz kadow



Dołączył: 06 Kwi 2008
Posty: 104
Skąd: wrocław

PostWysłany: 26 Lut 2010 17:02 pm    Temat postu: NIESPODZIANKA Odpowiedz z cytatem

Po "wizycie" komisji inspekcyjnej w kompanii nie było dnia bez kolejnych wizyt jakie zaczęli nam składać oficerowie przedstawiciele nadrzędnych sztabów - korpusu,batalionu a i przedstawiciele DW OPK też nas nie omijali.
Każdy chciał nam "pomóc" - więc wydawał wytyczne,ustalał kierunki i sposób ich wykonania.Współczułem swojemu dowódcy, por.Kozik gdyż tylko z nim wszyscy chcieli rozmawiać, Było to zrozumiałe gdyż jako dowódca za wszystko co działo się w kompanii ponosił odpowiedzialność. Dobrze gdy jednego dnia do kompanii zjechało "pomocników"dwu,trzech ale gdy było ICH więcej to stoika jakim był por.Kozik ponosiły nerwy.
Niektórzy byli bardzo wymagający i potrafili z dworca kolejowego lub KP MO Wejherowo,która koło dworca się znajdowała zadzwonić i zadysponować - czekamy na przyjazd samochodu po nasz odbiór.I za nic mieli przestrzeganie limitów kilometrowych jakie kompania posiadała.Nie jeden raz na ten temat na odprawach w sztabie batalionu podnosiliśmy głos.Wtedy a i później nic to nie dawało.Nie podeślij samochód to masz p.....ne w oczach wizytującego.
W tamtym tak burzliwym w odwiedziny okresie poznałem wielu oficerów sztabu DW OPK i korpusu.
Przyznaję wielu w czasie "wizyty" dopiekło nam solennie w tworzeniu "wytycznych i kierunków"ale w śród NICH byli również w pełni rozsądni i odpowiedzialni oficerowie.Zapamiętałem nazwiska mjr.Ryszarda Sajdaka wówczas głównego inżyniera w szefostwie wojsk radiotechnicznych korpusu,por.Edwarda Ziółkowskiego,inżyniera sprzętu radiolokacji oraz mjr.Romana Juszkiewicza,zastępcę szefa wydziału szkolenia w szefostwie - nie chodziło wcale że byli mniej wymagający ONI po prostu znali możliwości kompanii radiotechnicznej i nie wydawali "wytycznych i kierunków" na miarę "pobożnych życzeń".
Zapamiętałem takie "abstrakcyjne"w treści polecenia wydane przez delegatów wydziału szkolenia bojowego - do każdego SO doprowadzić łączność telefoniczną a patrole obchodowe wyposażyć w środki łączności radiowej".
W obecnej dobie to nic trudnego ale na początku lat 1960 kompania radiotechniczna nie posiadała ani kabla telefonicznego ani środków łączności radiowej. Jeden zestaw radiostacji RBM 1 składającej się z dwu elementów każdy o ciężarze około 10 kg mógł być wykorzystany jako stacjonarny punkt łączności a nie jako ruchomy.
Wszyscy o tym wiedzieli a jednak mieli "odwagę"formować na piśmie takie wytyczne.
Właściwie na mój temat w kompanii był już rozkaz o przeniesieniu na stanowisko dowódcy kompanii do Darsewa_Darzewa jak nazywano miejsce stacjonowania 285 kompanii radiotechnicznej i mogłem się tym wszystkim nie przejmować ale kiedy już przekazałem stację dla ppor.Adama Jaroszewskiego ze szabu batalionu nadeszło polecenie -
miałem jeszcze przez miesiąc "pomagać"por.Kozikowi w wyprowadzeniu jak to przełożeni określili - "na prostą"całej dokumentacji bojowej kompanii.
Szkopuł w tym,że mieliśmy wszyscy oficerowie kompanii mętne pojęcie o całej tej dokumentacji bojowej.
Dopiero przyjazd mjr Sajdaka i mjr Juszkiewicza rozjaśnił nasze umysły co to za rzecz cała ta "dokumentacja bojowa".
Dwa dni obcowania z TYMI oficerami przy sporządzaniu dokumentacji sprowadziło mnie na ziemię dosłownie i w przenośni.
Nie było co zwlekać razem z Fabianem /por.Fabian Brzozowski,wówczas dowódca RLS P 10/zabraliśmy się do wykonania DOKUMENTACJI POZYCJI BOJOWEJ.
Jako główne przedsięwzięcie które musieliśmy wykonać to - topograficzne zdjęcie terenu.Przez dwa tygodnie dzień po dniu mając teodolit,tyczki i dwu żołnierzy do pomocy przemieszczaliśmy od punktu "O"na posterunku radiotechnicznym co jeden stopień 1500 m w jedną i drugą stronę aby wykreślić kąty "zakrycia terenu"oraz wykonać schemat odbić terenowych.Śnieg pozostawał jeszcze taki jak w czasie wizyty "generała mroza".
Tak więc codziennie od rana do zmroku poznawaliśmy każdą skibę terenu który otaczał nasz posterunek.Przyznaję była to moja dobra szkoła ale dokumentację BOJOWĄ KOMPANII WYKONALIŚMY.
Nadszedł czas pożegnania z kolegami i z por.Kozikiem.
Pierwsze odbyło się na terenie koszar a na drugie zostałem zaproszony przez porucznika do Gniewina aby tam w gospodzie ludowej "oblać"nasze rozstanie.
Byłem zaskoczony ja odchodziłem a "stawiał"żegnający.Tam właśnie pierwszy raz usłyszałem propozycję ze strony porucznika abyśmy przeszli na TY.
Obaj byliśmy w tych samych stopniach i przyznaję nie miałem odwagi spełnić tej prośby.W tamtych latach przechodzenie na formę TY przy różnicy stanowisk nie było formą popularną.Tego dnia i w następnych latach z porucznikiem byliśmy zawsze na Panie.
Naprawdę był to człowiek wysokiej kultury osobistej i o wyrobionym w stosunku do siebie szacunku,że nigdy mi przez myśl nie przechodziło "tykanie"się .
Poleciały nam łzy i to nie z powodu wypitego alkoholu.
W dalszej służbie wojskowej jeszcze wiele razy będę się żegnał z przełożonymi i podwładnymi ale takie"coś"co w sercu mnie tamtego dnia zapiekło nie czułem nigdy.
Drugiego dnia wieczorem jestem już rozliczony w sztabie batalionu.
Noc spędzam w pokojach "gościnnych"ale na dyżurce oficer dyżurny przekazuje mi polecenie - rano mam zameldować się u dowódcy.
Jeszcze śpię kiedy dyżurny sztabu wzywa mnie do sztabu.Tym razem mam się zgłosić do "uszatka" jak w żargonie nazywaliśmy oficera KW.
Myślę - niech czeka.Takie "zaproszenie"do uszatka nigdy nic dobrego nie wróżyło i każdy wzywany a je teraz też natychmiast wykonywał "rachunek sumienia".Przewracając w myślach kartki swojego życiorysu nie mogłem sobie nic takiego co uszatka mogło by zainteresować przypomnieć.Takie miałem wewnętrzne przekonanie.
I utwierdziłem się w postanowieniu jakie powziąłem - NIECH CZEKA.
Najpierw zamelduję się do dowódcy.
Wiedziałem dowódca przyjmuje codzienne meldunki to przed tym wstąpię do WIEJSKIEJ na jakieś śniadanie.
Kiedy przechodzę koło dyżurki z okna kancelarii słyszę zaproszenie jakie kieruje pod moim adresem kpt.B.M.,oficer KW.
Śmialiśmy się,że specjalnie dla kapitana w fasadzie budynku wybito dodatkowe okno z możliwością obserwowania bramy wjazdowej do koszar i stąd miał takie "dobre"informacje kto i kiedy do WIEJSKIEJ wychodzi i w jakim stanie wraca.
Może były i to plotki ,faktem jednak było - z tej strony budynku było to jedyne okno z którego można by było prowadzić obserwację bramy wjazdowej i dyżurki oficera dyżurnego.
Wykręcam się z odpowiedzią,przyspieszam kroku i maszeruję na śniadanie.
Zaproszenie do oficera KW o tak wczesnej porze nie daje mi spokoju.Skąd wiedział,że będę wczoraj wieczorem w sztabie.Pocieszam się - byłem wczoraj co prawda na kolacji,spotkałem tam kolegów,trochę wypiliśmy ale wszystko było w porządku.
Od przeznaczenia jednak nawet żołnierz nie ucieknie jak mawialiśmy zawsze kiedy nad którymś z nas wisiała groźba stawania do raportu.
Niech się dzieje co chce ale najpierw staję do dowódcy - tak postanawiam.
Żołnierz postanawia a przełożony decyduje.
Tam mówi żołnierskie powiedzenie i tak było w tym przypadku i teraz ze mną.Jeszcze nie przekroczyłem bramy koszar a tu koło mnie por.Żołnieruk,oficer personalny,oficer dyżurny i oficer KW stanowią w bramie mur nie do przebycia a ostatni z nich ponagla - natychmiast proszę ze mną do kancelarii.
Jestem otoczony i bez wyjścia,nie pomagają tłumaczenia,że wzywa mnie dowódca,nie i nie tylko do kancelarii uszatka.
Nie mam wyjścia muszę tam iść.W jednostce istniało takie mniemanie -jak ktoś odwiedza tamtą kancelarię to albo podkabluje albo na Niego podkablowano.Więc myślę na pewno ktoś coś tam na mnie nasmarował.Życzliwych nie brakowało a do pokornych nie można mnie było zaliczyć.
Wspólnie więc przekraczamy "bramy piekła".
kpt.B.M.należał do oficerów którzy swoich uczuć na ręce nie wylewali,był w obejściu dość pochmurny.Tak ja Go oceniałem.
Teraz jednak puścił mnie w drzwiach przodem a po wejściu normalnie anioł,roześmiana twarz,serdeczne zaproszenie abym usiadł,bez prośby z mojej strony nalewa wody do elektrycznego czajnika z zamiarem naparzenia kawy,stawia dwie szklanki co znaczy - dla mnie też a ja głupieję coraz bardziej.
Co jest grane?
Na razie rozmowa prowadzona jest o pierdołach,jak w Lisewie,co będę robił? itp nie mogę tego wszystkiego pojąć.
Analizuję każdy dzień mojego życiorysu od narodzenia,poczynania całej rodziny.Może rodzeństwo coś zmalowało a ja jeszcze o tym nie wiem?
Moje rozmyślania przerywam informując - czeka na mnie dowódca batalionu u którego miałem się rano zameldować.
Otrzymuję informację - dowódca wszystko wie i zameldujemy się tam razem jak zakończymy rozmowę.
Rozmowę a tej jeszcze nie ma i sam nie wiem na jaki ma być temat.
Przyznaję czuję się coraz dziwniej.
Kiedy tak "sklejamy"rozmowę kapitan wypala jak z armaty wielkiego kalibru - Ojczyzna powierza porucznikowi szczególne zadanie.
Mówi tak lub podobnie.
No myślę stanowisko dowódcy kompanii radiotechnicznej to wcale nie takie poważne "szczególne zadanie" - powierzane przez Ojczyznę.
Służąc w kompanii radiotechnicznej nie znałem procedury postępowania przed objęciem wyższego stanowiska.
Pierwszy raz zajmować będę stanowisko majora - może to taka ceremonia i robi mi się znacznie lżej na sercu.
Kiedy jednak powiadamia mnie,że mam napisać swój własny "prawdziwy" jak to określa życiorys to przestaje mi być lekko na sercu.
Wyjaśniam,że życiorysy to już pisałem kilka razy i nawet sam nie pamiętam co tam w nich pisałem a nie chcę uchodzić za oficera który swoje życiorysu formuje w miarę aktualnych potrzeb najlepiej jak Żołnieruk,personalny przyniesie moją teczkę to tam jest ich chyba parę.
Kapitan zwraca mi uwagę,abym zachowywał się poważnie bo i sprawa jest poważna.
Rozpoczyna sam wyciąganie faktów z mojego życiorysu,rodzice co robili,co robią sam sobie odpowiada a ja siedzę jak na "tureckim"kazaniu. Potwierdza to co ja już nie jeden raz pisałem w życiorysach zadając przy tym zawsze pytanie - czy aby na pewno? - proszę czekam na odpowiedź!
Niczemu nie zaprzeczam,potwierdzam lecz nie rozumię dalej do czego to wszystko zmierza.
W czasie takiej bezprzedmiotowej rozmowie otwierają się drzwi i staje w nich cz.p.o. dowódcy batalionu,kpt.Dorszewski.
Melduję się i po przywitaniu się ze mną dowódca informuje mnie - zmieniła się sytuacja, do Darsewa w celu objęcia obowiązków dowódcy kompanii nie jadę mam się natychmiast rozliczyć z batalionem gdyż zostaję skierowany do dyspozycji Departamentu Kadr MON.
Dowódca jeszcze próbuje wyjaśnienia,skąd to nagłe zainteresowanie departamentem kadr moją osobą ale ja na ten temat wiem tyle samo co wszyscy obecni w tej chwili w tej kancelarii.
Odpowiadam więc krótko - skarg żadnych nie składałem,nic na ten temat nie wiem i dodaję - sam jestem tym bardzo zaskoczony - co prawda na kolejnych przeglądach kadrowych zaliczany zostaję do grupy szczególnie uzdolnionych oficerów i utrzymany w funduszu przyspieszonego rozwoju a z głupia frant - ale żeby od razu do Departamentu Kadr,to chyba za szybki awans i boję się dodaję - na tym stanowisku długo nie wytrwam i za parę dni pojawię się na pewno w batalionie - mogą mnie oczekiwać ale stanowisko w Darsewie może już obsadzać innym oficerem,bo będąc uprzednio, nawet przejściowo tylko po przepustkę w Departamencie kadr przyjmując je było by to niegodne mojej osoby.
Do mojej świadomości nie dochodziło w ogóle co ja TAM mam robić?
Uważałem to wszystko za szaloną pomyłkę.
Dowódca znał dokładnie moje zachowania w takich sytuacjach na temat przyszłości i dłużej "mowy" nie chciał trzymać a na zakończenie polecił dokonać rozliczenia się w terminie trzech dni zapraszając mnie na pożegnanie.
Wyjaśnienia moich znajomości w Departamencie podjął się właśnie oficer KW i po tym co usłyszał miał się chyba z pyszna bo już na koniec nawet nie chciał abym napisał "prawdziwą"wersję mojego życiorysu.
W batalionie wszyscy myślą,że ja coś ukrywam a ja sam na ten temat nic nie wiem.
W kancelarii tajnej zapoznaję się z rozkazem w którym nic szczególnego nie ma.Zawarty jest tylko termin w którym mam się zameldować.
Po rozliczeniu w batalionie do Warszawy mam przyjechać w ubraniu po cywilnemu a na potrzeby te służba mundurowa ma mi wypłacić sumę 5000zł.
To właśnie polecenie - zameldować się po cywilnemu przyznaję mnie samemu stawało się niezrozumiałe i dopiero teraz rozumiałem oficera KW jak w czasie naszej rozmowy był ugrzeczniony i jak starał się dociekać jakieś niezrozumiałej dla Niego prawdy - dlaczego porucznika z podrzędnej jednostki wzywają do dyspozycji Departamentu Kadr MON i to obowiązkowo w cywilnych sortach.
Przyznaję dla mnie była to też PRAWDZIWA NIESPODZIANKA!
Wyjaśni się nie długo ale do tego czasu najdziwniejsze i durne myśli bombardowały moją głowę.


W następnym W DYSPOZYCJI
Powrót do góry
Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Dyskusje Jeleniogórskiego Stowarzyszenia Żołnierzy Radiotechników "RADAR" Strona Główna -> Wspomnienia z Jeleniej Góry Wszystkie czasy w strefie GMT
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group